Chorwacja motocyklem
Chorwacja,  MotocykLOVE

Chorwacja motocyklem w deszczu

Dokonując wyboru trasy na motocyklową eskapadę wahaliśmy się między Litwą a Chorwacją. Szala zwycięstwa przechyliła się ku Chorwacji ze względu na pewną pogodę, nikt nie przypuszczał, że w większej części będzie to lipcowa Chorwacja motocyklem w deszczu! Okazuje się jednak, że tak zdegradowaliśmy planetę (i niszczymy dalej w najlepsze), że pewni możemy być tylko zmienności warunków klimatycznych. Kropka.


Oberwanie chmury było wczoraj. Lało jak z cebra przedwczoraj. Ok, zdarza się, miło że za dnia trochę przygrzało. Kiedy słońce przypomniało sobie o wyspie Krk pożegnaliśmy ją kierując się w góry Dynarskie. Przemierzając drogę wzdłuż Adriatyku widok szczytów zanikających w mglistej otoczce budził obawy. Sine chmury nie zasłonięte wysokimi budynkami, rozpostarte przed naszymi oczami zapowiadały, że zmierzamy w oko cyklonu.

Właściwie nie wiem dlaczego nie zmieniliśmy trasy. Plan podróży jest zaledwie lekko naszkicowany, każda modyfikacja możliwa. Tyle że jeszcze wczoraj prognozy zapowiadały koniec opadów, a piątek, na kiedy to kupiliśmy bilety wstępu do Parku Narodowego Jezior Plitvickich (zamierzaliśmy przenocować kilka km od wejścia) miał być przełomowy i przywrócić dobrą passę. Tymczasem wjeżdżaliśmy w opady przybierające na sile, podobnie wiatr. Piątek z kolei… szkoda słów!

I jeśli przypuszczałabym, że Chorwacja motocyklem w deszczu to najmniej przyjemne, co może człowieka spotkać, wkrótce przekonałam się, że może być znacznie gorzej.

Z deszczu pod rynnę

Na wyspie Krk nocowaliśmy w małym, schludnym pokoiku (nie zdecydowaliśmy się na kemping z powodu ulewnych wieczornych opadów). Powitał nas młody człowiek, który pół roku studiował w Katowicach, żegnała zaś delikatna dziewczyna, jak się okazało Ukrainka, która pół roku studiowała w… Katowicach. Do Chorwacji przyjechała kontynuować edukację na uniwersytecie w Rijece (nieopodal wyspy Krk). Zaledwie godzinę wcześniej machała nam otoczona promieniami słońca, tymczasem teraz przestaliśmy widzieć drogę z powodu mgły. Kiedy zwalniasz do 40 km/h nie masz wcale poczucia, że jesteś bezpieczny. Ty panujesz nad maszyną, ale masz przecież ogon…

Inny motocyklista wyprzedził nas z lewej i dosłownie po dwóch sekundach pochłonęła go mgła. Prawie jakby wjeżdżał w inny wymiar czasoprzestrzeni. Jeśli dwie sekundy wystarczyły, żeby zniknął nam z oczu pytanie kiedy rozpędzony samochód zauważy nas o dwie sekundy za późno?

Kręte drogi płaczące deszczem, smagane wiatrem i zamoczone w mleku pojawiały się, to znikały. Sporą cześć trasy pokonaliśmy jednak z większą prędkością, co w sumie przełożyło się na 4 godziny jazdy z 2,5 jakie pokazywały mapy Google.

Kaloryfery w środku lata

Gospodarz w Jezercach (8 km przed wjazdem do parku narodowego) odkręcił kaloryfery, dzięki czemu buty, rękawice i kurtki mogły trochę przeschnąć. Tu w górach 16 stopni ciepła w lato nikogo nie zaskakuje, ale kilkudniowe opady i owszem. Mamy szczęście! Każdy może sobie pozwiedzać plitvickie cudowności w słońcu, a my na opak! Wybrańcy losu

I tylko dźwięczą w uszach słowa spotkanego po drodze motocyklisty – Polaka ze Szwecji:

Co się tam u Was w tej Polsce dzieje? Tyle nienawiści, tyle jadu. U nas w parlamencie też się kłócą, ale na poziomie! Teraz jakaś nagonka na homoseksualistów. To ja się pytam kogo wolisz mieć za sąsiada – homo, czy kibola? Dlaczego wy innym do łóżek zaglądacie? W takiej Grecji dajmy na to korek na korku. Czy ktoś wygraża innym? Nie, mija jak może, a jak nie może, to stoi. A w Polsce? Fucki lecą, bluzgi. Dajcie spokój….

Jesteśmy na wakacjach. Naszym największym zmartwieniem jest dotrwać szczęśliwie do końca, wycisnąć z tej przygody najwięcej wrażeń i poczuć się przez moment wolnymi ludźmi. Europejczykami nie znającymi granic terytorialnych, otwartymi na wszystkie nacje, kolor skóry, orientację i wyznanie. Szanującymi inność i prawo do życia po swojemu. Nie rozumiejącymi motywacji drugiej połowy Polaków, która głosowała w tych wyborach inaczej, niż my, ale skupiającymi się na tym, co nas łączy, nie dzieli.

Dlatego nie mamy polskiej flagi zamocowanej do motocykla, nie nosimy koszulek z orłem na piersi. Wystarczy rejestracja zdradzająca skąd jesteśmy. Nie chcemy się tłumaczyć, przepraszać za innych. Ale jak widać można mieć szwedzkie tablice, mówić po polsku i nie rozumieć Polaków.

W Chorwacji spotkaliśmy ludzi z wielu krajów: Czechów, Słowaków, Węgrów, Niemców, Serbów, Włochów. A! I Polaków! Nas nie sposób nie zauważyć. Zawsze głośni, w centrum uwagi. Nie wszyscy rzecz jasna, bo są i tacy, którzy zachowują się powściągliwie.

Jeziora Plitvickie

Poranek powitał nas majaczącym słońcem, które rozochociło się z pełnym impetem. Pozory. Za kilka godzin będzie ulewa, dlatego wybieramy krótszą drogę zwiedzania (trasa 4-godzinna zamiast 8). Musimy jeszcze dojechać do Trogiru, a to dobre 4 godziny w siodełku.

Same jeziora piękne, ludzi niewiele.

Woda przypomina płyn do mycia naczyń Ludwik, mieni się zielono. Kaczki podpływają licząc na okruchy (nie dokarmiamy dzikich zwierząt!), karpie puszczają oko. Zobacz na filmie (link).

Niektórzy odrobili lekcje i założyli pełne obuwie, ale są i śmigający w klapkach. Co prawda ścieżki wytyczone, kładki drewniane, ale dziurawe i śliskie. Miejsce pozwala odetchnąć, odpocząć od upału (pod warunkiem, że ktoś zakosztował wysokich temperatur, czyli inaczej niż my). Szczerze mówiąc mam w pamięci wodospady w Parku Narodowym Krka i wspominam je z większym zachwytem. Może wszystkiemu winna krótka trasa, kto wie jakie cudowności czekają tych, którzy poświęcą na przechadzkę 8 godzin?

Odpalamy krążownik i jedziemy na południe obiecujące 30-tkę na plusie. Istnieje ryzyko, że następnym razem będę narzekać na upał.

Zero balansu, zero balansu.

Jak tu żyć?

Następny przystanek

Trogir na pierwszy rzut oka podbił moje serce. Wydaje się magiczny. Pokój mam w kamienicy na starym mieście. I tu pojawiają się pierwsze schody…

OVERBOOKING. Pani przeprasza i lokuje nas na poddaszu na jedną noc. Jutro w ramach rekompensaty przeniesiemy się do właściwej kamienicy, ale do apartamentu, a nie zarezerwowanego pokoiku! Tymczasem wskakujemy pod prysznic nabierając nowych sił. Waldik rzuca okiem na cennik naszego tymczasowego pokoiku wywieszony na drzwiach. 80 euro za noc. Raaannnyyysiu!

Jesteśmy bogami.

Przynajmniej na jedną noc.

Opowiadam o świecie i ludziach, którzy w nim żyją, czyli trochę o Tobie i o mnie. Dzielę relacjami z wypraw na własną rękę, najchętniej do Azji. Przyglądam się innym, zastanawiam kim są, jak żyją, za czym tęsknią. W przerwach od podróżowania opisuję magię teatru i zmagania, przed jakimi staje aktorka nieprofesjonalna, którą bywam. Podróżowanie w głąb siebie to zastanawianie się kim jestem i dokąd zmierzam. Bo w życiu poza celem liczy się sens istnienia, który nadają także inni ludzie, dlatego ważne kim się otaczasz.