Split jakiego nie znasz
Chorwacja,  MotocykLOVE

Split, jakiego nie znasz. Jedziemy zepsutym motorem

Nie chcę na plażę. Split. Chcę pojechać do Splitu. Byliśmy już w Splicie mówi Ulubiony Mąż ocierając czoło wierzchem dłoni. Skwar sączy się każdą szczeliną oplatając ciało jak bandaż skręconą kostkę. Ale chciałabym zajrzeć jeszcze raz do galerii.


Poprzednim razem gdy zwiedzaliśmy Split, czyli pięć lat temu udręczona upałem i przepychaniem się przez tłum turystów w stronę Pałacu Dioklecjana jedynym marzeniem było zaznać ulgi siadając na starym mieście w knajpce z klimatyzacją. Tymczasem Ulubiony Mąż wyskoczył radośnie z galerią jakiegoś rzeźbiarza 20 minut spacerkiem z the Old Town. Dwadzieścia minut w tych warunkach (termometr w samochodzie pokazywał 39 stopni) to jak wizyta w piekle. Narzekałam do momentu przekroczenia progu – chłód, co za wspaniały chłód! Kocham taki Split!

Straciłam wówczas szansę docenienia Ivana Meštrovića, ale ziarno zostało posiane, stąd chęć powrotu. Mieliśmy więc gotowy plan na niedzielę, wystarczyło pokonać 25 km motocyklem. Miła odmiana po sobotnim wylegiwaniu się na plaży w okolicach Trogiru, a ściślej na wyspie Čiovo. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o jakiś ustęp na drodze, co w konsekwencji pozwoliło Waldkowi wypatrzyć ubytek w motocyklu. Zniknęła śrubka, a to groziło odpadnięciem jakiegoś elementu i uziemieniem nas na bliżej nieokreślonym bezkresie chorwackich dróg.

Siły zła

Wieczór. Warsztaty zamknięte. Jutro niedziela – zamknięte. Split nie ucieknie, ale przełożenie go na poniedziałek nie wchodzi w grę – galeria nieczynna! A we wtorek będziemy hen, hen i jeszcze dalej.

Kombinujemy jak wyjść z opresji. Jakimś cudem zapasowa śrubka pasuje, ale potrzebujemy podkładki, nakrętki i klucza do przykręcenia. Przypomina mi się rodzina przesiadująca całymi dniami przed kamienicą, na którą wychodzą okna naszego pokoju. Przeklinam ich każdego poranka, bo z powodu unikania pracy mają wybitnie dużo energii do prowadzenia pogaduszek od wschodu do zachodu słońca. Pani matka skrzeczącym głosem pilnuje porządku, dwie dorosłe córki odkrzykną coś czasem (jedna dorosła tylko metryką, twarz zdradza, że zatrzymała się mentalnie wiele lat temu). A od czasu do czasu pan i władca uspokaja kobiety swoim barytonem odcinającym się na tle skrzekliwych niewiast. Pełni wiary i nadziei udajemy się po pomoc do tegoż właśnie.

Po polsku nie mówi – domyślałam się, więc nie czuję zawodu. Po chorwacku my ni w ząb – 1:1. Angielski? Eeeeeeee… Jakby to powiedzieć. Waldek próbuje coś w niemieckim – nie działa. Pozostaje niezawodna mowa ciała, wsparta nowoczesną technologią: translator. Dorzucam zdjęcie śrubki i jesteśmy w domu. Wszyscy szczęśliwi, nawet pies merda ogonem, choć nie ma pojęcia dlaczego. Haha, ja-ja, schön, sehr good, da-da.

Hvalà – wyrywa mi się z gardła radosne dziękuję, bo zwroty grzecznościowe przyswoiłam do pamięci krótkoterminowej. Będzie Split, będą rzeźby!

I nagle jak grom z jasnego nieba dociera do mnie sens chorwackich słów, bo choć nie rozumiem, co mąż rodziny mówi niestety intuicyjnie rozszyfrowuję. Podkładek i nakrętek brak. Śrubki by może jakieś znalazł, ale nakrętek brak.

Żal i smutek okryły mą duszę. Oto ja, która sztukę rozumiem tak dobrze jak mandaryński chcąc się przeprosić z Meštrovićem zostałam tak okrutnie doświadczona przez los!

Jest pomysł

Mija noc. Ulubiony albo jest szalony, albo kocha bardziej, niż mogłabym przypuszczać (ewentualnie nie jest w stanie dłużej znosić mojej zbolałej miny, bo a nuż zostanie mi tak do końca urlopu) bohatersko mocuje śrubkę taśmą klejącą i jedziemy.

Jedziemy!

Istnieje ryzyko, że nie wrócimy w komplecie, w końcu krążownik może skończyć na lawecie, a my w Uberze, ale cytując klasyka (kocham cię Scarlet O’Hara) – pomyślę o tym jutro.

Tak mi było spieszno do galerii, że kasjerka biegła za nami domagając się opłaty za bilety. Kiedy wyższe ideały wzywają pieniądze się nie liczą. Pani wybaczy. Ile to? Wracamy, płacimy, podążamy do galerii. Yupi!

Kasjerka znowu biegnie i wymachuje rękami. A tej co znowu – myślę. Bidon. Porzuciliśmy wodę na ladzie mając za nic palące pragnienie ciała, bo oto pragnienie sztuki wzywa!

Twórczość Ivana Meštrovića opiszę innym razem, gdyż nie godzi się stawiać go w równym szeregu z postaciami występującymi w tej bajce.

A tymczasem Split i ja zapraszamy na krótką migawkę filmową stanowiącą zapowiedź dłuższej realizacji.

A! Śrubkę dokręcili nam w warsztacie w poniedziałek. 5 minut. I o co tyle płaczu?

Opowiadam o świecie i ludziach, którzy w nim żyją, czyli trochę o Tobie i o mnie. Dzielę relacjami z wypraw na własną rękę, najchętniej do Azji. Przyglądam się innym, zastanawiam kim są, jak żyją, za czym tęsknią. W przerwach od podróżowania opisuję magię teatru i zmagania, przed jakimi staje aktorka nieprofesjonalna, którą bywam. Podróżowanie w głąb siebie to zastanawianie się kim jestem i dokąd zmierzam. Bo w życiu poza celem liczy się sens istnienia, który nadają także inni ludzie, dlatego ważne kim się otaczasz.